czwartek, 26 czerwca 2014

39 You are so beautiful

   Cleo - pogromca komarów, truskawek, porzeczek i kamieni.
   Uprzedzam, jest wiele powtórzeń, nie bić mnie za to!
   Wyczuwam epicki komentarz Naffa i liczę na pełne ocenzurowanych przekleństw, emocji i oparów z domestosa komentarze innych.
   Czytajcie, a ja wybywam na 17:00 z Magdycją na koncert Kwiatkowskiego, chcę się pośmiać z jego wrzeszczących fanek.
   Mieszamy! :D
--------------------------------------------------------

Cause I feel myself surrender
Each time I see your face
I am staggered by your beuty, 
Your unassuming grace...
~Josh Groban, "My confession"


Mojej Margaret.
Wiem, że nie czyta, ale chcę coś zrobić,
by przez miesiąc nie tęsknić, jak ostatnio.
Miłej praktyki nad morzem, sis :*



    Ubrany w czarny garnitur, z idealnie ułożonymi włosami, z jedną ręką w kieszeni materiałowych spodni przemierza pokój od ściany do okna i z powrotem. Obserwuję jego wędrówkę z obojętnym wyrazem twarzy, nie mogę dać po sobie poznać, że czuję się niepewnie w towarzystwie biznesmena. Teraz to Logan bazgroli w notesie, stara się ignorować nerwowego Erica.
   - Ale dlaczego? Są mi państwo w stanie wyjaśnić, dlaczego ktoś próbował mnie zabić podczas kolacji z biznesowymi partnerami?
   Odpowiedź na to pytanie nasuwa mi się sama.
   - Najwidoczniej komuś pan zaszkodził.
   - Ale komu? Mam udziały w czterech firmach, trzy z nich podlegają bezpośrednio Vaughn & Sim's Company, pracuje u mnie ponad pięćset osób, wiele z ich może uważać, że w jakikolwiek sposób im zaszkodziłem.
   - To prawda. - Mindy, młoda asystentka Erica, siedzi naprzeciwko mnie ubrana w bordową, dopasowaną sukienkę. - Pan Vaughn codziennie setki listów z pogróżkami, w większości anonimowych, choć zdarzają się także podpisane wiadomości.
   Logan prostuje się w fotelu.
   Vaughn nadal przechadza się po pokoju socjalnym. Dlaczego zawsze wybieramy ten sam pokój? Przecież na tym piętrze są jeszcze dwa inne. Naszą dwójkę coś ciągnie do tego. Czy to wspólne chwile, tamte słowa i gesty wzywają nas do siebie? Odwracam twarz ku oknu i przyglądam się powoli malującemu się za nim mrokowi. Czasami żałuję, że to pomieszczenie jest po wschodniej stronie, miło byłoby oglądać stąd zachód słońca w towarzystwie Logana.
   Dlaczego moje myśli co chwila biegną w kierunku bruneta? Skąd nagle tyle pragnień? Nadal jestem mu wdzięczna za pomoc przy ratowaniu mojego związku z Ianem, ale wciąż nie wiem, dlaczego to zrobił. W uszach dźwięczą mi słowa Mary: "On cię kocha. Logan jest w tobie zakochany". To dlaczego mi tego nie powie? Dlaczego, mimo pewnego bólu, pcha mnie w ramiona O'Laughlina? Dlaczego myślę o tym, jak dobrze byłoby mi u jego boku?
    Zerkam na niego, na jego twarz, tak bardzo mi znaną, że mogłabym ją narysować z zamkniętymi oczami, gdybym miała choć cień zdolności malarskich. Przydługie, ciemne włosy omal nie wpadają mu do oczu, gdy siedzi zamyślony, we własnym świecie. Te kości policzkowe, za które chciałoby się go zabić. Usta, czerwone, miękkie, ciepłe, również znajome. I te oczy - błękitne niebo z promieniami słońca zaklęte w dwóch szkiełkach, oczy, które zdobyły moje serce przy pierwszym spotkaniu w szpitalu. Ale wtedy byłam nastolatką zagubioną w świecie dorosłych, nie potrafiłam spojrzeć na niego jak na mężczyznę, którym przecież już był. Teraz jest osobą, o której myślę najwięcej, do której nie wiem, co czuję, jest moim przyjacielem, obrońcą, bratnią duszą. Dlaczego to wszystko musi być takie skomplikowane?
   Czuję na sobie spojrzenie zielonych oczu. Eric patrzy na mnie z niekrytym zainteresowaniem. Błagam was, niebiosa! Nie zniosę jeszcze jednego mężczyzny, któremu się podobam! Chyba będę się musiała utopić w East River.
   Porzucam myśli, gdy dostrzegam ruch warg Vaughn'a.
    - Czy możecie zaoferować mi jakąś ochronę? Ten, kto próbował mnie zabić, z pewnością nie spocznie, dopóki nie wykona zadania.
    - Oczywiście. - Prostuję się w fotelu. - Zostanie przydzielony panu zespół funkcjonariuszy, ktoś przez całą dobę przy panu będzie.
   Szmaragd wciąż wpatruje się w moją szarość.
   - Pomyślałem jeszcze o innej ochronie, ale to omówię później, na osobności z detektywem Hendersonem, dobrze? - Logan jedynie kiwa głową, wydaje się być znużony.
   Nie chcę wnikać, o co chodzi, marzę o powrocie do domu, godziny w sterylnym pomieszczeniu o dziwnym zapachu dają mi się we znaki.
   - Panno Davidson. - Mindy patrzy na mnie. - Czy może nam pani przesłać kopie listów, ale tych podpisanych?
   - Oczywiście, panno Bennett. - Asystentka prezesa uśmiecha się do mnie niewymuszenie, naturalnie. Podświadomie czuję, że mogłybyśmy się zakolegować, gdyby były po temu warunki.
   Nie jestem pewna, czy to koniec, czy mogę już wyjść. Czuję wibracje w kieszeni. Wyjmuję telefon. Dzwoni Kate.
   - Przepraszam. - Wstaję z fotela, Eric zatrzymuje się w miejscu i śledzi wzrokiem każdy mój ruch. - Ale to ważny telefon.
   Opuszczam pokój, dając Vaughn'owi możliwość swobodnego porozmawiania z Hendersonem. Wchodzę do biura, którego okna ukazują mi piękny zachód słońca nad Manhattanem. Opieram głowę o szybę i wpatrzona w wielokolorowe niebo odbieram telefon.
   - Cześć, Kate.
   - Rose. Odebrałaś. Chwała Bogu. - Jej głos jest lekko piskliwy, łamie się.
   Prostuję się i zaczynam denerwować.
   - Co jest? Co się stało?
   - Pokłóciłam się z Diegiem przez telefon o pierdołę, a on zasugerował, że być może powinniśmy się rozstać.
   Otwieram usta zszokowana tym, co przed chwilą usłyszałam. Przecież to niemożliwe. W naszej paczce uchodzą za wzorową parę, nie pozwalam sobie myśleć o nich w czasie przeszłym, za wcześnie na to. Dogadują się jak żadna inna para, przypominają stare, dobre małżeństwo, ich związek wydaje się być dojrzalszy niż związek Mary i Pabla, a to przecież oni mają dłuższy staż.
   - Jesteś teraz w swoim mieszkaniu?
   - Tak. Dlaczego pytasz?
   W myślach liczę, czy mam wystarczającą ilość gotówki i ile zajmie mi dotarcie do przyjaciółki.
   - Szykuj łyżeczki. Za dwadzieścia minut będę u ciebie z kubełkami lodów bakaliowych i karmelowych.
   - Dziękuję, Rose, jesteś kochana!
   - De nada. Do zobaczenia.
   - Pa.
   Rozłączam się, sięgam po żakiet i torebkę, z której wyjmuję kluczyki. Zastanawiam się, czy powiedzieć Loganowi, że wychodzę, czy po dotarciu do Kate wysłać mu esemesa. To chyba nie najlepszy pomysł, brunet mógłby się wkurzyć. Ale w tym momencie przyjaciółka jest ważniejsza niż sprawa.
   Wychodzę z biura, o mało co nie zderzam się z Loganem. Brunet jest wściekły, ma napięte mięśnie ramion.
   - Przepraszam, Rose. - Stara się mówić naturalnie, ale zbytnio mu to nie wychodzi. - Wychodzisz już?
   - Tak. - Kiwam głową. - Kate ma mały problem, chcę jej pomóc. Czy coś się stało? - Niepokoi mnie postawa bruneta. - Coś z Annabelle?
   Patrzy na mnie przez chwilę zaskoczony, po czym lekko się uśmiecha, kąciki jego warg nieznacznie unoszą się ku górze.
   - Nie, nic z tych rzeczy. Pod koniec miesiąca ma mieć zabieg mastektomii, psychicznie ją z Mią do tego przygotowujemy. Miło, że się o nią martwisz. Wkurzył mnie pomysł Vaughn'a, ale on ciebie nie dotyczy. - Jeszcze. -  Nie zatrzymuję cię, idź już. Pozdrów Kate.
   - Dobranoc - mówię.
   Brunet schyla głowę i całuje mnie w policzek. Ten miły gest jest dla mnie czymś pokrzepiającym pod koniec ciężkiego dnia.
   - Dobranoc, Rosie.
   Znika w biurze, a ja idę do windy, zastanawiając się, co zrobić, by Kate i Diego wciąż byli razem.



****



   Zaciskam dłonie w pięści, staram się uspokoić, ale wszystko we mnie się wręcz gotuje. Kapitan kiwa co chwilę głową, jakby jego telefoniczny rozmówca mógł go zobaczyć, a Vaughn siedzi w fotelu naprzeciwko Jonesa z triumfalnym uśmiechem na ustach. Jestem tak zły, że nawet wspomnienie niedawnej troski Rose o moją matkę nie koi moich nerwów. Stoję wyprostowany za fotelami, połowę mojej twarzy kryje cień. Oddycham głęboko, by oddalić od siebie chęć rzucenia się zielonookiemu do gardła.
   - Tak jest, panie burmistrzu. Oczywiście. Przepraszam za to zamieszanie. Dobranoc.
   Odkłada słuchawkę na aparat, a ja wpatruję się w niego uparcie. Mam złe przeczucia.
   - I? - Mój głos brzmi ostro.
   Benjamin uśmiecha się do mnie przepraszająco.
   - Burmistrz podtrzymuje prośbę pana Vaughn'a i nakazuje twojemu zespołowi ją spełnić, inaczej czekają was poważne konsekwencje.
   - A jeśli coś się wydarzy? Co, jeśli stanie się coś, czego nie zdołamy przewidzieć? Jeśli komuś stanie się krzywda?
   - Pan burmistrz wierzy w kompetencje i profesjonalizm waszej grupy. Przykro mi, Logan, mam związane ręce.
   Jeśli wcześniej myślałem, że jestem wściekły, to w tym momencie moja złość osiągnęła apogeum. Mam przemożną ochotę rzucać czym popadnie. Najlepiej Ericiem. O ścianę. Z całej siły.
   W środku mnie panuje huragan stulecia, na zewnątrz jestem niespodziewanie spokojny. 
   Biznesmen wstaje z nieschodzącym z twarzy uśmiechem i wyciąga dłoń ku kapitanowi.
   - Mam nadzieję, że oszukacie śmierć, a nie podacie jej mnie na tacy.
   Nadzieja matką głupich. Ale każda matka kocha swoje dzieci (~ by Sylwia).
   Ben jedynie się uśmiecha. Brunet zmierza do wyjścia, staję mu na drodze.
   - Przystaję na ten warunek. - Wskazuję na niego palcem. - Ale muszę panu coś powiedzieć. Jeśli podczas akcji coś jej się stanie, bo takie jest pana widzimisię, obiecuję - spotkamy się w sądzie.
   Drwina rysuje się na jego twarzy.
   - To się jeszcze okaże.
   Opuszcza gabinet. Patrzę za nim i zastanawiam się, czy jestem w stanie tyle poświęcić w jego grze.



****



   Nerwowa, odrobinę spóźniona drepczę w miejscu, czekając na windę i zastanawiając się nad tym, czy może nie użyć schodów. Dojście na szóste piętro zajęłoby mi dobrym tempem około półtorej minuty, gdy windzie zajmuje to trzy razy krócej. Rezygnuję więc z tego pomysłu i ponownie naciskam przycisk, zaklinam go. Dlaczego to dzisiaj musiałam katalogować nowe próbki? Dobrze, że obyło się bez większych korków i mogłam choć trochę zniwelować moje spóźnienie.
   Gdy winda wreszcie dociera na parter i z delikatnym stęknięciem otwiera swoje wrota, wpadam do niej i wciskam 'szóstkę', o mało nie wybijając sobie przy tym palca. Mam dziwne wrażenie deja vu.
   Na naszym piętrze panuje względny spokój i cisza, ale wyczuwam lekki napięcie. Wchodzę do biura, gdzie zastaję jedynie Hendersona wpatrzonego w monitor laptopa.
   - Dzień dobry - odzywam się, starając się nie wystraszyć zbytnio bruneta.
   Przenosi wzrok na mnie i smutno się uśmiecha.
   - Dzień dobry, Rose.
   Jest jakiś przybity, ale nie wiem, co mogłoby być tego przyczyną. Mia potwierdziła mi wczoraj, podczas prostowania moich niesfornych loków u Kate, że ich matka miewa się dobrze, zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
   - Ślicznie wyglądasz w prostych włosach. - Jego komplement jest szczery.
   Uśmiecham się mile połechtana jego słowami.
   - Dziękuję. - Rozglądam się po pomieszczeniu. - Gdzie Chigi?
   Brunet kaszle, dostrzegam kropelki potu na jego bladym czole. W oczy rzucają mi się także jego cienie dodające powagi jeo twarzy.
   - U Phila, przeglądają rejestr pracowników z tamtego wieczoru, szukają jakiegoś podejrzanego.
   Oddycha płytko, nierówno. Zaczynam się o niego martwić. Podchodzę bliżej jego biurka.
   - Logan, dobrze się czujesz? Nie wyglądasz najlepiej. - Bez oporu, odruchowo wręcz, dotykam jego czoła, jest rozpalone.
   - O matko, Logan, masz gorączkę!
   Powoli zdejmuje moją dłoń ze swojego czoła.
   - To nic takiego, tylko lekkie przeziębienie, spałem przy otwartym oknie.
   - Chcesz tabletkę? - Sięgam do torebki.
   - Nie, Rose. Dziękuję. Nic mi nie jest.
   Wzruszam ramionami.
   - Jak chcesz.
   Idę do swojego biurka, coś przykuwa moją uwagę.
   - Możesz mi wyjaśnić, co ta Gwiazda Śmierci robi na twoim biurku? - Wskazuję na przedmiot, to mój prezent urodzinowy dla bruneta.
   - Leży. - Uśmiecha się, a ja przewracam oczami.
   - Ale dlaczego tutaj?
   - Bo tu jest moje imperium zła!
   Mimo niezbyt dobrego samopoczucia humor trzyma się niebieskookiego.
   Przewieszam torebkę przez moje krzesło i siadam na nim. Nie bardzo wiem, czym powinnam się zająć. Zerkam na naszą tablicę, gdzie widnieje zdjęcie martwego Kirby'ego, pod napisem "PRAWDZIWA OFIARA" Eric świdruje mnie wzrokiem, a w miejscu, gdzie powinny wisieć zdjęcia naszych podejrzanych, widnieje jeden duży, bijący po oczach czerwony znak zapytania.
   Sięgam po dokumenty zostawione na biurku poprzedniego wieczoru przez mojego szefa. Jeszcze raz przeglądam zeznania personelu, porównuję dane przesłuchanych ludzi z listą nazwisk dostarczonych nam przez Mindy. Jedno nazwisko pozostaje bez zeznań.
   - Logan?
   Słyszę jedynie jego westchnienie. Zerkam na niego, siedzi odchylony na krześle, ma zamknięte oczy, a blade wargi lekko rozchylone.
   Aż chciałoby się je pocałować.
   - O co chodzi, Rose?
   Przerażona swoją myślą, wzdrygam się. Dopiero po chwili dociera do mnie pytanie bruneta.
   - Nie zgadzają mi się zeznania, brakuje jednego.
   - Nazwisko?
   - Colin Ferty.
   Oddycha głębiej.
   - Leży w domu z nogą w gipsie od tygodnia.
   Dopisuję tą informację przy nazwisku kelnera i układam dokumenty z powrotem na jedną stertę.
   - Logan, mogę ci zadać dwa pytania?
   - Jedno już zadałaś. - Uśmiecha się, nie otwierając oczu.
   Jego  metody relaksacyjne chyba przynoszą zamierzone skutki, jego głos jest pewniejszy i już nie kaszle.
   - Wiem, dlatego tak powiedziałam. Dlaczego byłeś wczoraj wieczorem zły? Mia powiedziała, że w takim stanie wróciłeś do domu.
   - Czasami powinna trzymać język za zębami.
   - Logan. - Mój głos jest twardy, napięty.
   Brunet przestaje opierać się o oparcie, prostuje się, na nowo czuję spojrzenie jego niebieskich oczu.
   - Dowiesz się. W swoim czasie. Choć wydaje mi się, że nie będziesz zbytnio zadowolona.
   Wzdycham.
   - Musisz być taki tajemniczy?
   - Odpowiedziałem na dwa pytania zgodnie z umową. To jest trzecie.
   Ponownie przewracam oczami.
   - Czasami jesteś straszny.
   Puszcza mi perskie oczko.
   - Ale i tak mnie lubisz.
   Opieram głowę na dłoni, łokieć wbija się nieznacznie w drewno biurka, ale nie czuję bólu.
   - Skąd ta pewność, kochanie?
   Otwiera usta, chcąc coś powiedzieć, ale przeszkadzają mu w tym nasi koledzy. Mają nieciekawe miny.
   - Cześć. - Witam się, blondyn i ciemnowłosy jedyne kiwają mi głowami.
   - Co jest? - Logan otrząsnął się już chyba z mojego pytania, wygląda jak typowy szef.
   - Sprawdziliśmy rejestr wejść przez kuchnię. Dwukrotnie użyto karty Colina Ferty'ego. - Głos Adama jest obojętny, a zielonooki widocznie zmęczony, co mnie dziwi, przecież nie odebrał jeszcze Grace i syna ze szpitala.
   - Przecież jest w domu zagipsowany - odzywam się.
   - Zgadza się. - Głos Diega także jest bez emocji.
   - Ktoś mu ją ukradł - wyrokuje niebieskooki. - Musicie do niego pojechać, spytać go, czy wie, że stracił kartę, może pamięta ten moment i wam o nim powie. Ja z Rose zajmę się sprawdzeniem firm Vaughn'a...
   Nie dane jest mu dokończyć, do biura dziarskim krokiem wchodzi Jones.
   - Dzień dobry. Nie chcę przeszkadzać, ale Rose, Logan - patrzy po naszej dwójce - zapraszam do mojego gabinetu.
   Zaskoczona słowami kapitana patrzę na niebieskookiego, który zaciska usta w wąską kreskę. Wstaje, mijając podwładnych mówi jedynie: "Jedźcie" i wychodzi z biura. Kroczę za nim niepewnie, trochę przerażona tym, co może mnie czekać w pokoju Bena.
   Sztywnym krokiem Logan dochodzi do drzwi gabinetu, otwiera je przede mną i patrzy w moją szarość.
   - Pora, byś się dowiedział.




****



   To jest chyba jakiś żart. Prawda? Przecież jestem jedynie cywilem, konsultantką bez przeszkolenia, nie licząc kursu strzeleckiego, drobną, młodą kobietą, której jedyną bronią w starciu z kimkolwiek są tylko ciosy karate i siła mięśni.
   - Pan żartuje, prawda? - Patrzę na kapitana szeroko otwartymi oczami.
   Kręci przecząco głową, nie uśmiecha się. Łokcie opiera o blat, nerwowo bawi się długopisem. Osoba siedząca obok mnie w fotelu uśmiecha się lekko, ale ignoruję to. Czuję za to mroczną aurę zza pleców.
   - Nie, Rose. To rozkaz samego burmistrza.
   Wydaję cichy jęk. Przed chwilą, po powitaniu z będącym już w gabinecie prezesem Vaughn & Sim's Company, dowiedziałam się, że mam być osobistym ochroniarzem Erica. Jakby pięciu funkcjonariuszy miało mu nie wystarczyć.
   - Ale kapitanie, nie mam do tego uprawnień. - Jestem zła i przerażona jak nigdy w życiu.
   - Przykro mi. To już postanowione. Udaj się teraz z panem Vaughn'em do jego hotelowego apartamentu. Później przywieziemy ci dokumenty.
   Zaciskam dłonie w pięści. Powoli wstaję, unikając wzrok Bena, milcząca i przegrana.
   Eric już stoi przy drzwiach, otwiera je przede mną.
   - Panno Bennett. - Uśmiecha się, ale nie chcę i nie jestem w stanie tego odwzajemnić.
   Idąc ku drzwiom, zatrzymuję się przed patrzącym w okno Loganem, który nie odezwał się ani słowem podczas wyznaczania mi zadania i uderzam go otwartą dłonią w twarz. Na jego policzku zostaje duży czerwony ślad. Patrzy mi w oczy.
   - Dlaczego na to pozwoliłeś? - krzyczę i opuszczam to przeklęte pomieszczenie, przełykając łzy.



****



   Duże, podwójne, drewniane drzwi otwierają się przed nami z łoskotem. Moim oczom ukazuje się ogromny, mający kilkadziesiąt metrów kwadratowych apartament królewski. O mało nie wypuszczam z dłoni rączek mojej awaryjnej torby.
   Vaughn uśmiecha się do mnie.
   - Proszę czuć się tutaj jak w domu.
   Wchodzę do pokoju wielkości naszego mieszkania nad restauracją. śliczne beżowe ściany pozbawione są jakichkolwiek obrazów, ciemnobrązowe meble idealnie komponują się z białą, skórzaną rogówką.
   Kładę torbę na podłogę, podziwiając piękno tego miejsca. Ściana naprzeciwko drzwi jest cała ze szkła, wychodzi na zachodnie ulice Manhattanu. Widok zapiera dech w piersiach. Podchodzę do niej zauroczona niezwykłością krajobrazu. Z tej wysokości mogę zobaczyć najwyższe wieżowce tej części Nowego Jorku.
   - Pięknie.
   Jedynie to słowo jestem w stanie wykrztusić.
   Słyszę dźwięk otwieranych drzwi, odwracam się od tego pięknego obrazu. Po mojej prawej stronie widzę drugi, mniejszy pokój z ogromnym, małżeńskim łożem. Podchodzę do Erica obserwującego mnie sprzed otwartych przed chwilą drzwi.
   - Tu będzie pani spać.
   - Ale... - Unosi dłoń.
   - Żadnego ale. Tak może zdołam się odwdzięczyć za pani ochronę.
   - Dziękuję. - Wreszcie jestem w stanie się do niego uśmiechnąć.
   Odwzajemnia to. Słyszymy pukanie. Patrzę na zielonookiego, chyba nikogo się nie spodziewa. Podchodzę cicho do drzwi, sięgając po schowany przy pasie pistolet, który kapitan wręczył mi przed opuszczeniem posterunku.
   - Kto tam? - pytam głośno, nakazując Ericowi ręką zachowanie ciszy i pozostanie na miejscu.
   - Detektyw Branks, przysłał mnie kapitan Jones.
   Nieufna dotykam klamki, ale jej nie naciskam.
   - ¿Que el puesto? - Czekam na odpowiedź będącą umówionym hasłem.
   - Dieciséis. 
   Otwieram drzwi, przede mną stoi znajomy z widzenia detektyw innego zespołu wydziału zabójstw.
   - Dzień dobry, Bennett. Brawo za profesjonalizm. - Uśmiecha się.
   Chowam pistolet na jego dawne miejsce.
   - Dzień dobry. Dziękuję.
   Podaje mi teczkę.
   - Oto dokumenty waszej sprawy.
   - Dziękuję.
   - Miłego dnia. - Wraca korytarzem i macha do mnie, stojąc przy windzie.
   Odmachuję, zatrzaskuję drzwi, przekręcam klucz i odwracam się do bruneta.
   - Czas zabrać się do pracy.



  ****



   Czytam informacje o kolejnej firmie Vaughn'a, a kaszel z przyjemnością utrudnia mi życie. Dodatkowo pieczenie policzka nie sprzyja skupieniu się na sprawie. Wzdycham i zamykam laptop, zbyt mocno traktując jego klapę. Kryję twarz w dłoniach, a pieczenie się pogłębia.
   "Dlaczego na to pozwoliłeś?"
    Sam zadaję sobie to pytanie. Przecież miałam ją chronić, a nie popychać w stronę niebezpieczeństwa. Zespół Ambrasca nie jest pewien, gdzie przebywa Stoker. A co jeśli ją obserwuje? Mój żołądek zaciska się w supeł. 
   Czasami z trudem przychodzi mi uwierzenie w to, jakim idiotą jestem.
   Do biura z posępnymi minami wchodzą moi podwładni. Diego kładzie na moim biurku jakieś dokumenty i patrzy na mnie z niepokojem.
   - Co się stało? Czyżby Rose była ci aż tak wdzięczna za wysłanie jej prosto w paszczę lwa?
   Stara się rozluźnić atmosferę, ale jego humor mnie nie bawi, wręcz przeciwnie - strasznie irytuje.
   - Lepiej zajmij się swoim związkiem z Kate, ponoć dopadł was kryzys. - Mój głos jest szorstki i ostry. Za ostry.
   Cień uśmiechu znika całkowicie z twarzy Meksykanina, przyjmuje obojętny wyraz, ale widzę, że dotknęły go moje słowa.
   - Wybacz. Nie jestem w nastroju do żartów. - Dotykam palcami bolącego miejsca, przypominam sobie szare, pełne łez oczy Rose.
   Adam patrzy na kolegę pytająco, ale nie odzywa się.
   - Nie szkodzi. - Diego chyba mi wybaczył. - Lepiej zobacz, co znaleźliśmy.
   Biorę do ręki kartki, które przed chwilą wylądowały na moim biurku. Jedna z nich to ciemne zdjęcie, na którym dostrzec można twarz młodego mężczyzny.
   - Kto to?
   - Ktoś, kto podawał się za Colina Ferty'ego, mając jego kartę identyfikacyjną. To zdjęcie mamy z kamery nad tylnym wyjściem, którą dostarczył nam Elijah Orgon.
   - Pokazaliście je Ferty'emu?
   - Tak. Nie rozpoznaje go, ale podejrzewa, kiedy mógł zostać okradziony. W dniu wypadku w pracy, gdy spadając z drabiny, złamał nogę. Musiał ustawić inaczej światło, bo nie odpowiadało klientowi. Podczas upadku karta wypadła mu z kieszeni roboczej kamizelki, nie zdołał jej podnieść, gdyż został zabrany do kuchni, którą opuścił w drodze do karetki, otwierając drzwi kartą Marcusa Bolemann'a.
   - Klient mógł swobodnie przywłaszczyć sobie tę kartę. - Zauważam.
   - Dokładnie. Wysłaliśmy rysownika i jednego funkcjonariusza do Ferty'ego, jest w stanie opisać nam tego gościa. Phil zaś przepuszcza to zdjęcie - wskazuje na kartkę - przez program do wykrywania twarzy.
   - Spisaliście się doskonale, jak na detektywów przystało. - Chwalę ich. Tylko ja zachowuję się nie na miejscu.
   Obaj uśmiechają się, są dumni z wykonanej pracy.
   - A czym ty się zajmujesz? - pyta mnie Adam, stając za moimi plecami.
   Otwieram laptop, poruszam kursorem, by wyświetlił się obraz.
   - Przeglądam strony internetowe firm Erica Vaughn'a, starając się znaleźć jakieś nieprawidłowości.
   Diego staje koło kolegi i śledzi tekst. Nagle się prostuje.
   - Co jest? - pyta go blondyn.
   - Ta firma w Meksyku, Mediculpum...
   - Tak? - Staję się nerwowy.
   - Jeśli wierzyć mojemu kuzynowi, Jose, który mieszka dwadzieścia kilometrów od niej, fabryka leków Mediculpum od dwóch lat jest zamknięta. Nic tam nie ma oprócz opuszczonych hal produkcyjnych.



****



   Zmęczona przecieram oczy. Nocne światło Nowego Jorku działa na mnie usypiająco. Nie zdołałam odkryć nic nowego, a utkwienie w miejscu wywołuje u mnie frustrację. Dwie godziny temu obsługa hotelu przyniosła nam kolację. Eric, bo tak brunet kazał mi się do siebie zwracać, chciał zamówić mi homara, poprosiłam o małą porcję sushi, które dostrzegłam jako jedną z pozycji w menu, i dzbanek earl grey'a z podgrzewaczem. Pałeczki leżą niedaleko mnie, a ja, siedząc na wygodnym krześle przy wysokim stole, piję kolejny kubek herbaty i poddaję się. Skronie mi pulsują, ale nie sięgam do torebki po opakowanie tabletek, liczę na to, że ból sam przejdzie.
   Zielonooki zajmuje miejsce na skórzanej kanapie, obserwuje moją pracę i popija szampana. Chciał mnie nim poczęstować, ale jako, że od próby otrucia mnie nie pijam alkoholu i unikam kawy oraz herbat innych niż earl grey, grzecznie odmówiłam, tłumacząc, że jestem na służbie.
   Czuję się jak prawdziwy detektyw, gdy broń leży odbezpieczona na środku stołu, tak, bym w chwili zagrożenia mogła szybko po nią sięgnąć.
   - Zmęczona? - Głos bruneta wyraża zastanawiającą troskę.
   - Odrobinę. - Tłumię ziewnięcie.
   - Powinnaś zrobić sobie przerwę.
   Ma rację. Powoli odkładam długopis i rozmasowuję sobie kark.
   - Może usiądziesz obok mnie?
   Nie chcę się do niego zbliżać.
   - Nie, dziękuję. Muszę rozprostować nogi.
   Wstaję i zaczynam chodzić po pokoju, ponownie chłonę piękno tego miejsca, obserwuję grę światła na ścianie, czując na sobie wzrok biznesmena.
   Dziwi mnie odległość rogówki od niskiego, hebanowego stolika ze szklanym blatem, dwie osoby mogą stać swobodnie obok siebie i jeszcze pozostanie pusta przestrzeń. Stoję bliżej stolika i wpatruję się w nocny krajobraz Wielkiego Jabłka. Uwielbiam noc, ma w sobie jakąś magię, mimo mroku, w którym czai się nieznane zło.
   Zagapiona w światła nie rejestruję momentu, w którym Eric staje u mojego boku.
   - Piękna noc. - Jego głos otula ciepłym podmuchem moją szyję.
   - Tak. Kocham Nowy Jork nocą. - Czuję przemożną chęć podzielenia się z nim moimi uczuciami. - Światło jej nie rozprasza, ale współistnieje z ciemnością, mają swoje miejsce. Noc rozciąga się jak guma po horyzont, nęcąc, wchodząc, gdzie tylko może. Zakrywa przed wzrokiem człowieka piękno i brzydotę, tworzy z nich jeden obraz. W swoich zakamarkach kryje zło i niebezpieczeństwo. Jest nie do odkrycia i zdefiniowania. Ale zawsze zwiastuje dzień.
   Między nami zapada dłuższa cisza. Zerkam na niego z ukosa.
   Patrzy na mnie, ma lekko rozwarte usta, a w jego oczach widzę cień uczucia, którego nie chcę widzieć.
   - Powiedz mi coś, Rose. Gdzie byłaś, jak cię nie było?
   Patrzę na niego zdezorientowana.
   - Jeśli pytasz, gdzie byłam przez całe twoje życie, to informuję cię, że przez pierwsze dziesięć lat twojego życia nie było mnie w planach, przez kolejne dziesięć żyłam w innej części kraju, a przez ostatnie dziesięć nie opuszczałam Manhattanu. To chyba dobra odpowiedź?
   Robi krok w moją stronę tak, że jestem na wyciągnięcie dłoni, mogę zobaczyć swoje odbicie w jego źrenicach. Jego wzrok błądzi po mojej twarzy, jakby chciał nauczyć się jej na pamięć, finalnie zatrzymuje spojrzenie na moich ustach.
   - Jesteś taka piękna.
   Staram się nie zarumienić, patrzę na niego twardo, nie umiem się ruszyć, milczę.
   - Niektórzy nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielki skarb mają tak blisko siebie.
   Pochyla głowę, przekrzywia ją nieznacznie w prawo, zbliża swoje usta do moich.
   Ale to nie on jest osobą, którą chciałabym pocałować.
   - Nie. - Odpycham go od siebie dłonią i przenoszę wzrok za okno, nie chcę widzieć zaskoczenia malującego się na jego twarzy. 
   Najwidoczniej nikt mu jeszcze nie odmówił.
   Mój wzrok przykuwa dziwne światełko, za małe i zbyt ostre jak na latarnię
   Pojmuję w mig.
   - Padnij!- krzyczę chwilę przed tym, jak pocisk przebija szkło, które tysiącami kawałków rozsypuje się na biały dywan, i utyka w ścianie.
   Czołgamy się za rogówkę, drugi pocisk trafia w lampę koło niej, a trzeci w mebel, gdzie kilka minut temu tkwiła głowa Vaughn'a.
    Atak ustaje, na czworaka podchodzę do wcześniejszego miejsca pracy i sięgam po telefon. Serce bije mi jak szalone, gdy wybieram numer.
   Odbiera po czwartym sygnale, gdy adrenalina nadal krąży w moich żyłach.
   - Halo?
   - Logan, tu Rose. Przyjedź tu jak najszybciej. Ktoś próbował zastrzelić Erica.
   

30 komentarzy:

  1. Rozdział jest genialny :D :*
    Już nie lubię tego całego Erica :P
    Szkoda mi biednego Logana :( Kiedy oni w końcu będą razem??? :D
    ,, Gdzie byłaś, jak cię nie było? '' - Nasz najlepszy tekst :D
    Magdycja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasze teksty to perełki - po dzisiejszym to ja leżę :D
      Będą razem, spokojnie :P

      Dziękuję za komentarz :**

      Usuń
  2. Próby zabicia Erica są jak miłość Rose i Logana - tak wiadome, a tak trudne i skomplikowane -.-

    ZABIJ ERICA! ZABIJ ERICA!
    Wiem, miła jestem ;)

    JA WIEDZIAŁAM, PO PROSTU WIEDZIAŁAM, ŻE ERIC BĘDZIE CHCIAŁ, ABY OCHRONĘ ZAPEWNIAŁA MU ROSE!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było do przewidzenia :P
      Eric nie zginie :P

      Dziękuję za komentarz :*

      Usuń
  3. Ja to samo! Wiedziałam, że to o to będzie chodziło! xd
    Rozdział świetny, dużo się w nim dzieje, ale nie wiem czemu się zawiodłam.
    Grrrr Eric.Przystojny, niedobry Eric. Pewnie będzie jeszcze bardziej do Rode, skoro ta go odtrąciła. Ah ci faceci ;3
    "Gdzie byłaś jak cię nie było?" - kurde podryw pierwsza klasa xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraź sobie, że byłam świadkiem takiego podrywu. Skończył się niesamowicie, normalnie gotowa historia na one-shot.
      Po to stworzyłam Erica, by przystawiał się do Rose, która pojmie, że tylko jeden mężczyzna jest mile widziany w jej sercu.

      Dziękuję za komentarz :*

      Usuń
  4. Genialnia sprawa, bardzo mi się podoba! :)
    Eric mi podpadł! O nie, Logan po prostu MUSI go zdzielić! Nie ma innej opcji! Niech go zabiją, płakać nie będę ;-;
    Ale może sytuacja z Erikiem da Rose do myślenia! Zna Logana na wyciagnięcie ręki, a się sto lat zastanawia.
    Uh, za dużo emocji :D
    Czekam na kolejny rozdział.
    Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle emocji miało być :D
      Już jej dała do myślenia, teraz Logan wreszcie pojmie swoje uczucia bez zbędnych słów.

      Dziękuję za komentarz :*

      Usuń
  5. Oho, już po tym co napisałaś, domyślam się, że po przeczytaniu (lub w trakcie) będę bluźnić i się bulwersować XD. Ach, ta naffowa emocjonalność. W końcu mogę na spokojnie przysiąść do rozdziału!
    Bo jesteś kurna w nim Rose zakochana! Zrozum to wreszcie, Jezusie Chrystusie, zadźgaj ją tępym nożem, jak tego w końcu nie zrozumie XD (tak, wiem, zrozumie). No, przecież to jasne, dlaczego nie mówi jej, że ją kocha! Rosiątko takie naiwne.
    Ach, opis Logana. Wielbię. Wielbię go. Zabieram go ze sobą! Chociaż... ja przy nim to jak gówniarz XD. Pewnie patrzyłby na mnie jak na debila, gdyby nie poznał.
    A, idź ty w pizdu, Ericu jeden. Na cholerę się tak na nią patrzysz? Tak, teraz obronię Rose, ona ma już dosyć mężczyzn, o!
    Lody bakaliowe i karmelowe, matko *___* chcę lody... chcę lody!
    TAK! ERICIEM! O ŚCIANĘ! Z CAŁEJ SIŁY! POMOGĘ CI! AHAHAHAH!
    Biedny, chory Logan :c chodź, ja cię wyleczę.
    Ale czemu się na niego drze? To nie Logana wina. I jeszcze go leje po twarzy! Lejesz go?! TO ja cię ui#u$u#uio zleję! PFFF! No, to teraz jeszcze bardziej jej nie lubię! Pff! Moje oburzenie i nielubienie sięgnęło kurna słońca.
    Eric to zwykła ciota i koniecznie chce mieć Rose przy sobie. Kutwa, co za pajac. ZajeI*U#IO@IO@U#UOI@Q go.
    Sushi. Oddaj mi je D:
    Uważam to poetyckie wyznanie za... dziwne. W sensie takim, że jakby Rose nagle stała się kurde Konradem i zaczęła wygłaszać wielką improwizację. Może coś brała? Ćpała? Domestos? Nieee, leży obok mnie.
    ...NO I NIECH GO ZASTRZELĄ! Mogli mu strzelić w ten durny łeb! Idź ty, Cleo. Jestem zła za ten rozdział. Miałaś racje, że będę się bulwersować XD.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A proszę bardzo, bądź sobie zła, zbytnio mnie to nie obchodzi :P Ja jestem zła za oberwanie kotletem, a nie żalę się całemu światu :P
      Wiedziałam, że będzie cenzura, wiedziałam!
      Nie musisz wszystkich lubić.
      W końcu i tak niedługo ktoś zginie.
      Pomagaj Loganowi, pomagaj, ale to nie sprawi, że on nagle odkocha się w szatynce. W końcu Ty i tak masz Arusia, łapy precz od Hendersona :)

      Dziękuję za komentarz :**

      Usuń
    2. Ależ ty jesteś niemiła XD. Ja też nie żalę się całemu światu! Tylko piszę o tym na twym blogu, bo jestem cholernie emocjonalnym typem osobowości! XD I zawsze muszę mówić, co myślę, bo inaczej wybuchnę od środka!
      Cenzura rządzi światem XD.
      Oby zginął Eric D: proszę. huehuehue.
      Ale ja nie mówię, że on ma się odkochać, pff. I tak wiem, że się nie odkocha.
      W wyobraźni mogę mieć Logana XD nikt mi go stamtąd nie zabierze. Tylko pewnie by się żarli z Nathielem, więc... hmm, ciężki orzech do zgryzienia.

      Usuń
    3. Przyznaję, przez dwa dni byłam w takim nastroju, że nawet nie starałam się być miła, ale już mi lepiej.
      To miej go sobie w wyobraźni ;)
      Ja go będę miała naprawdę :D

      Usuń
  6. Ej. Napisałam ogromniasty komentarz, wyskoczył mi błąd. Powiedz mi, że on gdzieś tu jest, bo dostanę szału...

    OdpowiedzUsuń
  7. Zacznijmy może od tytułu... Po prostu świetny i budzi we mnie przyjemne odczucia :) Dopiero potem, gdy okazało się, że te słowa nie padły z ust osoby, o której cały czas myślałam, jest nieco gorzej :(
    Ale ta nasza Rose jest rozchwytywana ;) Tylko to trochę dziwne, że nie podoba się jej zzainteresowanie mężczyzn :O Gdybym była na jej miejscu, cieszałabym się ;)
    " Słyszę jedynie jego westchnienie. Zerkam na niego, siedzi odchylony na krześle, ma zamknięte oczy, a blade wargi lekko rozchylone." - w tym fragmencie to aż mnie Logan urzekł! Już go sobie wyobraziłam w takiej pozycji :D
    " - Logan, mogę ci zadać dwa pytania?
    - Jedno już zadałaś. - Uśmiecha się, nie otwierając oczu. " - oj, Logan. Weź ty się już lepiej zamknij, bo tak mnie denerwują tego typu odpowiedzi.. Ale i tak będę jego wierną fanką do końca ;)
    " - Wiem, dlatego tak powiedziałam. Dlaczego byłeś wczoraj wieczorem zły? " - HA-HA! 1-0 dla Bennett! Załatwiłaś go, Rose! :D
    " - Ale i tak mnie lubisz.
    Opieram głowę na dłoni, łokieć wbija się nieznacznie w drewno biurka, ale nie czuję bólu.
    - Skąd ta pewność, kochanie? " - UUUUUUU... Czyli mamy 2-0 dla Rose! ;)
    Logan to idiota. Logan to kretyn. Logan to debil. Kuźwa, dlaczego na to pozwolił?! Dobrze zrobiła Rose, że mu przyłożyła. Osobisty ochroniarz Erica?? Świetnie, Henderson, ale ten ochroniarz może stracić życie -,- Chyba już nie jestem fanką Logana :/
    Czekam na nn, Cleo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przecież Logan był przeciwny temu, by Rose była ochroniarzem! Niby dlaczego miał ochotę rzucać Ericiem o ścianę?
      Taak, ich słowne pojedynki mnie także się podobają :)
      Cieszę się, że się podoba :)
      A fanką Logana nie przestaje się być tak nagle ;)

      Dziękuję za komentarz :**

      Usuń
    2. Wiem, że chciał nim rzucić o ścianę, ale mógł się jakoś odezwać, tak żeby go posłuchali! W końcu Logan potrafi! ;)

      Usuń
    3. Z burmistrzem się nie zadziera, bo może zawiesić ;)

      Usuń
    4. Ej, nie wierzysz w możliwości Logana? Nawet burmistrza byłby w stanie urzec swoim urokiem! :D

      Usuń
    5. Wierzę w jego możliwości. Ale wiem też, że gdyby stracił pracę w NYPD, wyjechałby do ojca do Seattle, a to oznaczałoby koniec. Rose jadąc tam, wkurzyłaby go jeszcze bardziej. To by oznaczało tylko tyle: zero Rogan, zero spraw, koniec opowiadania.

      Usuń
    6. Ale wtedy Mia pobiegłaby na ratunek Rogan i wszystko wróciłoby do normy z ich relacjami ;)
      Kurczę, Cleo. Musisz zrobić drugą wersję Rozważnej od tego rozdziału, bo to by też była niezła fabuła ;)

      Usuń
    7. Wyobraziłam sobie wersję alternatywną i porzuciłam Twój pomysł, bo wiem, że wtedy zniszczyłabym nie tylko życie Rogan, ale także moje i czytelników.
      Alternatywa nie może być dobra, musi być przeciwieństwem.
      Więc nie podejmę się tego.

      Usuń
  8. Dlaczego Logan nie rzucił Ericiem o ścianę? Dlaczego? Przecież by go nie zamknęli, a jeszcze pomniki stawiali za uratowanie świata! Ouuu yeah!
    Jestem z opóźnieniem niczym paczki wysyłane Pocztą Polską, ale ważne, że dotarłam. Nieco w gorszym wydaniu niż zazwyczaj, lecz jestem. : )
    Już od początku tego rozdziału się domyśliłam, że to Rose ma być jego ochroniarzem. Czy ten dupek nie zauważył, iż to nie jej rola? Ależ oczywiście, że nie. Napalony szympans zawsze ciągnie do najlepszego banana, który jest za sześcioma pancernymi ścianami. Tak, Eric to napalony szympans. On ma pozostać żywy? Cleo, zlituj się! Gdybym mogła to bym namówiła Seven, by coś z nim zrobiła. Hue hue. Albo ja to zrobię, tylko niech Naff pożyczy mi domestosa, bo swój już wypiłam i cierpię na jego braki. To już uzależnienie!
    "Gdzie byłaś, jak cię nie było?" - ja tam wolę inną wersję: Milcz jak do mnie mówisz. Ewentualnie ~ Mów do ręki!
    Dobra, chyba się rozbrykałam, a nie miałam tego robić. Jestem jak tygrys pierwszy dzień na wolności. Zażywam jej, ile mogę. I proszę - ten komentarz jest takim skutkiem.
    ` ` ` ` z deszczowymi pozdrowieniami...` ` ` `
    ` ` ` `...ta, co wiecznie marudzi. :* ` ` ` `

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z deszczowymi pozdrowieniami do Cleo, którą otacza deszcz, gdy grzecznie siedzi w domu i kończy rozdział, nieźle :)
      Twój komentarz jest dość składny, ale rozbrykany :D
      I co? Rzuciłby nim, zranił? A Eric do sądu ze sprawą!!! Bo kto bogatemu zabroni?
      Trochę przewidywalny, ale takie rozdziały też są potrzebne, prawda?
      Weź się lepiej za Seven, mogę domestos pożyczyć!

      Dziękuję za komentarz :**

      Usuń
  9. Kolejny genialny rozdział. Ciekawi mnie, kto jest mordercą, albo może bardziej kto morderstwo zlecił, bo nie sądzę, aby byle kto miał truciznę i snajperkę w szafie.

    Dziwi mnie tylko czemu Rose ma pretensje do Logana? Przecież próbował temu zapobiec. W tej sytuacji ani on, ani ona nie mogli zrobić nic więcej, rozkaz burmistrza chyba załatwia sprawę.

    Anyway, rozdział super, czekam na następny ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego ma pretensje? Bo wierzyła w to, że zawsze będzie ją chronił przed wszystkim, nigdy nie pozwoli, by stała jej się krzywda. Może to irracjonalne, ale wierzyła, że Logan będzie w stanie zaryzykować dla niej odznakę. Przeliczyła się i to ją najbardziej boli.
      Zleceniodawcę mordu poznacie w rozdziale 41 ;)
      Cieszę się, że się podoba :)

      Dziękuję za komentarz :**

      Usuń
    2. Właśnie tak myślałam, że Rose o to najbardziej się rozchodzi :/ Czuła, że Logan zawsze i wszędzie będzie w stanie ją obronić. I że ZAWSZE może na niego liczyć. Po prostu mu bardzo ufała :(

      Usuń
    3. Ona wciąż mu ufa :) Tylko czuje się odrobinę rozczarowana.

      Usuń
  10. Fajny rozdział. Wiedziałam odrazu o co poprosił Eric. Rozumiem złość Rose, na wieść, że ma go ochraniać. Ale co biedny Logan miał zrobić? Muszą wreście zdradzić się ze swoich uczuć. Jesteś wielka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektóre rzeczy dało się przewidzieć ;)

      Dziękuję za komentarz :*

      Usuń

Komentarze mile widziane :)