poniedziałek, 30 listopada 2015

75 Road to infinity

   Niespodzianka!
   O Alexandria Genesis czytałam na jakimś portalu genetycznym, nie przytoczę adresu.
___________________



(...) życie jest dramatem i nawet istoty z natury swej najszlachetniejsze zaznać muszą goryczy kapryśnego i zawistnego losu.

Kochanej Margaret
w dniu urodzin.
Wszystkiego najlepszego, hermana!
 <3

   
     wtorek, 22 marca 2011 r.

     Spokój. Jak wielu ludzie go pragnie, jednocześnie nie robiąc nic, by go mieć? A czasami wystarczy zwolnić, odciąć się od innych. Wyłączyć telefon, nie sprawdzać maila, wyjść gdzieś czy na kilka dni wyjechać za miasto i przez ten czas oddać się życiu bez wielkiej cywilizacji, zgodnie z naturą.
     Komu najbardziej przydałby się spokój? Komuś, kto skazany był na piekło. Kto cierpiał i narażał się, widział wszelkie okropieństwa tego świata. Kto zaczął tracić swoje człowieczeństwo, a nadal chce pozostać ludzki.
     Marcowy poranek był dość chłodny, choć według kalendarza zaczęła się wyczekiwana wiosna. Godzina szósta to idealna pora na przejażdżkę rowerową po mieście, które nigdy nie zasypia. Walka z wiatrem, otulające twarz promienie słońca, spokój, kiedy to na ulicach nie ma tylu ludzi. Mimo że obowiązki miały go wzywać dopiero od dziewiątej, Dan Adams już był na nogach, a właściwie pedałował przed siebie znanym szlakiem po Manhattanie. Chłonął piękno otaczającej go okolicy, oddychał głęboko rześkim powietrzem i po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy cieszył się, że wrócił do kraju, gdzie codziennością jest ciepła kawa, a nie piasek, gorąc, krew i śmierć.
     Mijał kolejne domy, oglądał, jak mieszkańcy Wielkiego Jabłka zaczynają kolejny dzień. Jechał powoli, bo jego zamiarem nie było jak najszybsze nabijanie kolejnych mil niczym zawodowy kolarz. Organizm mężczyzny powoli zwiększył liczbę uwalnianych endorfin, od których Adams chciał się uzależnić. Posiadał wspomnienia, których nie mógł się pozbyć, teraz chciał tworzyć miłe, by na starość nie patrzeć w tył ze smutkiem.
     Ktoś, kto akurat obserwował rowerzystę zza firanki, pijąc przy tym kawę, nie mógł wiedzieć, że ten przyjemny obrazek za chwilę nagle stanie się najgorszym koszmarem. Dan Adams nieoczekiwanie zatrzymał się na ścieżce i obrócił rower. Obserwująca go z drugiego piętra kamienicy kobieta zaniepokoiła się. Widywała go w każdy wtorek, gdy po szóstej przejeżdżał naprzeciw jej okna. Nigdy do tej pory nie zmieniał trasy. Coś się musiało stać. Patrzyła, jak Dan, przypominający robota, zjeżdża ze ścieżki i nie zważając na ulicę jednokierunkową, jedzie pod prąd. Kobieta chwyciła za komórkę i wypadła z mieszkania niesiona niepokojem, nie dbając o zamknięcie drzwi. Wybiegła na zewnątrz akurat w chwili poprzedzającej tragedię. Z krzykiem patrzyła, jak Dan z całą swoją prędkością zderza się czołowo z niewielką ciężarówką dostawczą. Kierowca przewidział, co mężczyzna planuje zrobić, starał się wyhamować, by nie doszło do śmierci, jednak nie zdążył. W chwili odrzutu Dan Adams był już martwy.
     Cisza, która zapadła na ulicy, była przerażająca, osiadła na ciele Dana, na zmasakrowanej twarzy, na sinej skórze. Oszołomiony kierowca bliski był omdlenia, czerwona ciecz strugą leciała z rany na czole - poduszki nie do końca zamortyzowały zderzenie. Kobieta zachowała zdrowy rozsądek i zimną krew, zadzwoniła na pogotowie i na policję, zaopiekowała się poszkodowanym i zapłakała cicho nad trupem. Już nigdy więcej nie ujrzy go jadącego tą trasą. To odeszło, zostawiając po sobie tylko wspomnienia.
     - Nic pani nie jest? - zapytał ratownik medyczny, bacznie się jej przypatrując.
     Zdołała jedynie pokiwać przecząco głową, przez zaciśnięte gardło nie chciało przejść jej żadne słowo. Zaproponowano jej małą dawkę środków uspokajających, ale odmówiła w niewerbalny sposób. Śmierć rowerzysty nie obeszła jej tak jak członka rodziny, czuła jednak smutek i pewien żal. Jedna chwila odebrała jej część rutyny, do której przywykła. I to ją bolało.
     - Proszę mi powiedzieć, jak doszło do tego zdarzenia. - Stojący przed nią funkcjonariusz nie wyglądał na takiego, co to lubi swoją pracę. Sprawiał wrażenie osoby zniechęconej i myślącej jedynie o tym, jakie pączki zjeść w porze lunchu, a nie o zaistniałej sytuacji, gdzie ktoś zginął. - Proszę opisać, jak doszło do tego samobójstwa.
     Popatrzyła na niego, nie rozumiejąc, co do niej mówi. Chwilę zajęło jej pojęcie prośby policjanta. Odchrząknęła.
     - Ale to nie było samobójstwo - odezwała się cicho. - Ten człowiek został zamordowany.


****


     Znajome cztery ściany. Promienie słońca tworzące ścieżki na podłodze. Jasność zmieszana z mrokiem. Cisza zakłócana przez ekspres do kawy. I w środku tego wszystkiego ja. Siedzę przy stole i wpatruję się w blat. Zegar wybija kolejne sekundy, a ja tkwię w jednej pozie niczym egipski Sfinks. Moje dłonie spoczywają na stole, błękitne oczko pierścionka łapie słońce i lśni niczym najdroższy brylant. Nachodzą mnie wątpliwości, które ostatnimi czasy pojawiają się zbyt często. Część rzeczy jest już gotowa, a wciąż tyle przed nami. Wszystko może się zmienić.
     Moja kawa już wystygła, więc jej nie wypiję. Nie mam ochoty się dźwigać. Najlepiej zostałabym tak do czasu, aż wszystko będzie jasne i klarowne. Mam wrażenie, że kolejny raz zabrnęłam ze swoim życiem w ślepy zaułek. Nie wiem, czy chcę pracować w laboratorium, czy chcę tak szybko wychodzić za mąż. Powiedziałam Loganowi, że siódmy października będzie naszym dniem, ale nie określiliśmy, którego roku. Poza tym czuję się staro. Brzmi to absurdalnie, ale tak jest. Przekraczając kolejną granicę wieku, poczułam się jak staruszka, choć przecież jeszcze tyle przede mną. Podejrzewam, że to zbyt duże doświadczenie życiowe i zawodowe tak się na mnie odbija.
     Słyszę ruch za plecami, brunet się przebudził i teraz mnie szuka. Nadal czuje się dziwnie, wstając po mnie, ale musi zrozumieć, że nie lubię walczyć ze snem i jak już się obudzę, to na dobre, chociaż miałaby być czwarta rano.
     - Dzień dobry. - Rozciąga się, wchodząc do kuchni. - Źle spałaś?
     Obracam pierścionek na palcu. Do tej pory myślałam, że zdążę się przyzwyczaić do jego noszenia, jednak nie jest on integralną częścią mnie. Rozum pojął, że jestem czyjąś narzeczoną, ciało jeszcze nie.
     - Cześć. Nie, po prostu nie chciałam już dłużej leżeć. W ekspresie jest świeża kawa.
     - Fajnie. - Słyszę stukanie kubka.- Też chcesz?
     Kręcę głową, ale Logan chyba tego nie widzi, dlatego dla pewności mówię na głos:
     - Nie, dzięki, jeszcze mam
     Krząta się po pomieszczeniu, czuję zapach tostów, ale nie jestem głodna. Będzie mnie musiał zmusić do przeżuwania, a jeśli w lodówce nie ma dżemu truskawkowego roboty babci Maddy, to mężczyzna jest na straconej pozycji.
     W kuchni pachnie śniadaniem jak pewnie w wielu domach Wschodniego Wybrzeża, ale mnie to nie rusza. Za bardzo jestem zajęta myśleniem, by oddać się ludzkiej potrzebie, jaką jest jedzenie. Logan zasiada z kubkiem i talerzem naprzeciw mnie. Przyglądam się jego niesfornym włosom, przystojnej twarzy, ruchom i zastanawiam, co się ze mną dzieje. Zazwyczaj taki widok wywoływał u mnie uśmiech, dzisiaj nie niesie ze sobą żadnych emocji. Normalnie totalna obojętność.
     - Hej, co się dzieje? - Tost zostaje odłożony na talerz.
     - Nic.
     - Przecież widzę. Mów. Tylko bez ględzenia o pierdołach proszę.
     Wzdycham cicho. Niebieskooki zbyt dobrze poznał moje zwyczaje, bym dała radę cokolwiek udawać. Jest też osobą, przed którą otwieram się najłatwiej. A rozmowy z nim są często tym, czego potrzebuję.
     - Jestem stara.
     Spogląda na mnie z ironicznym uśmiechem.
     - Och, naprawdę?
     Wzdycham cicho. Spodziewałam się takiej reakcji, mogłam nie dać po sobie poznać, że coś mnie dręczy.
     - Wybacz. - Przełyka kęs. - Dlaczego myślisz, że jesteś stara? Rose, masz dopiero dwadzieścia trzy lata!
     Zerkam w stronę okna. Do miasta zawitała wiosna, wszystko wydaje się piękniejsze, żywsze, tylko ja się nie cieszę tą zmianą.
     - Wiem. Po prostu, gdy patrzę w tył na swoje życie i widzę, przez ile rzeczy musiałam przejść, czuję, jakbym była dwa razy starsza, niż w rzeczywistości jestem.
     Brunet odsuwa od siebie talerz, wypija kawę, po czym wstaje z krzesła, obchodzi stół i kuca przy moim boku, odwracam się ku niemu, opiera dłonie o moje kolana.
     - Hej. - Zagląda mi w twarz, próbuję uciec wzrokiem. - Rozumiem twoje argumenty. Masz już taki bagaż doświadczeń, że wielu starszych o dekady takiego nie posiada. On weryfikuje to, kim jesteś, twój światopogląd. Ale nie możesz myśleć, że jesteś stara. Bo nie jesteś. Tylko przytłaczasz się przeszłością.
     Patrzę na niego bacznie.
     - Kiedy to zostałeś psychologiem? Chyba przegapiłam rozdanie dyplomów.
     Śmieje się lekko, a mnie odrobinę poprawia się humor. Ten dźwięk kojarzy mi się ze światłem, a właśnie potrzebuję czegoś, co odgoni ponure myśli.
     - Po prostu mam dobrego nauczyciela. - Chwyta za moje dłonie. - Uwierz mi, żadne podobne rozmyślenia nie powinny nachodzić twojej ślicznej główki. - Dźwiga się odrobinę i całuje mnie w czoło. - Poza tym spójrz na mnie! - Rozkłada ramiona na boki i uśmiecha się łobuzersko niczym nastolatek bajerujący koleżanki swoim urokiem osobistym. - Jestem od ciebie starszy, a mimo to nadal piękny i młody!
     Lustruję go wzrokiem z góry na dół i z powrotem, kręcę lekko głową, zaciskając usta i robiąc minę a la: nie wydaje mi się.
     - Takie okłamywanie siebie to nie jest dobry pomysł.
     Uśmiech mężczyzny gaśnie, ręce zwisają po obu stronach ciała.
     - To bolało.
     - Trudno.
     Ponownie przykuca przede mną.
     - Uważasz, że nie jestem młody i piękny, a mimo to zgodziłaś się wyjść za mnie za mąż.
     - Ktoś musi wyświadczyć wszystkim kobietom tę przysługę i wziąć na siebie te niesatysfakcjonujące geny.
     Patrzy na mnie z czułością, a ja się uspokajam. Czy naprawdę jest się czym martwić? Pozwalam myślom o autodestrukcyjnej wymowie gnieździć się w mojej głowie, choć niczemu to nie służy.
     Dłoń Logana głaszcze mój policzek, uśmiecham się do niego pokrzepiona.
     - Dziękuję, już mi lepiej.
     - Cieszę się. - Odwzajemnia uśmiech i całuje mnie delikatnie. Rozlega się dzwonek telefonu. - No tak, obowiązki muszą odzywać się w najprzyjemniejszych momentach. - Całuje mnie jeszcze raz, po czym chwyta za telefon. - Henderson, słucham.
     Obserwuję, jak zmienia się wyraz jego twarzy. skupienie, zaskoczenie przy usłyszeniu jakieś nietypowej informacji, zrozumienie i kiwnięcie głową.
     - Przyjąłem, będziemy tam do pół godziny.
     Rozłącza się, a ja wiem, że za liczbą mnogą kryje się wspólna sprawa. Zerka na mnie i uśmiecha się jak dziecko, które właśnie dostało największego lizaka z pobliskiego sklepu.
     - Mam nadzeję, że jesteś gotowa, pani prawie detektyw. Kolejny trup stygnie, czekając na nas. Chodźmy.



****


     Miejsce zbrodni jest odrobinę rozległe. Kilkanaście metrów wydzielone, cała ulica zablokowana. Podjeżdżający tu kierowcy przeklinają. Ale czy to nasza wina, że doszło tutaj do zdarzenia, które zaburzyło codzienną drogą do pracy? Podano do publicznej informacji o objazdach. Dlaczego wiec się do niej nie stosują? Widzę irytację na twarzy funkcjonariusza, który kolejny już raz tłumaczy, że tą ulicą nie da się przejechać. Współczuję mu, dobrze wiem, jakie to męczące zadanie. Niestety, wielu ludzi uważa się za najmądrzejszych. Tak już wygląda ten świat.
     Idę za Loganem chodnikiem, na którym stoją gapie - prawdopodobnie są to mieszkańcy kamienic przy tej ulicy. Ich zaniepokojone miny, łzy kobiet działają także na mnie. Po drodze na miejsce detektyw wyjaśnił mi, że to zgłoszenie rozpatrywano początkowo jako nieszczęśliwy wypadek lub też próbę samobójczą, jednak zeznanie świadka to zweryfikowało. Dlatego normalna policja wciąż tu jest. Obstawiam, że z wielką ulgą oddadzą nam tę sprawę.
     Dostrzegam Susan pochylającą się nad trupem. Jak zwykle pracuje w skupieniu, dokładnie - jak to w tych warunkach możliwe - je oglądając, szukając i oceniając wstępną przyczynę śmierci. W tym przypadku nie będzie to jakoś wyjątkowo trudne - mężczyzna wjechał w jadącą z naprzeciwka ciężarówkę. Mam tylko nadzieję, że nie cierpiał długo, choć wybranie sobie akurat takiej drogi śmierci nie jest dla mnie zrozumiałe. Kolejny samobójca w przeciągu pół roku, to odrobinę zaskakujące dla naszego zespołu. Ale najwidoczniej tak musi być.
   Zbliżam się do kobiety, kucam niedaleko niej.
   - Dzień dobry - witam się. - Co mamy?
   - Cześć, Rose. - Uśmiecha się do mnie lekko, co trwa kilka sekund, ale w takich okolicznościach na wielką radość nie wypada sobie pozwolić. - Dobrze, że i ty tu jesteś, może będziesz umiała odpowiedzieć na kilka pytań. 
     Przekonamy się. Pochylam się bardziej nad zmasakrowaną twarzą.
     - Zginął na miejscu - informuje mnie patolog. - Jestem pewna wielu złamań i zmiażdżeń wewnętrznych. Pewnie jak go otworzę, będę miała przed sobą niezłą zupę.
     Jestem przyzwyczajona do czarnego humoru, choć niektóre dowcipy i tak mnie obrzydzają. Jednak ten unosi kąciki moich ust. Być może przez pracę z policją robię się zimną, bezuczuciową suką, ale trzeba to zaakceptować. Taki mechanizm obronny na miejscu zbrodni chroni mnie przed oszaleniem.
     - Podejrzewasz samobójstwo?
     - Podejrzewałam, jednak od razu kazano mi rozpatrywać ciało pod względem zabójstwa.
     Patrzę, jak patolog uciska szyję denata.
     - Kto wysnuł taką teorię?
     - Jeden ze świadków, ten bardziej przytomny. - Parish prostuje się i przywołuje swoich ludzi. - Sądzę, że w jego organizmie mogą jeszcze być resztki substancji odurzających. Zabieram go ze sobą.
     Obserwuję, jak ciało młodego, wysportowanego mężczyzny ubranego w czarne dresowe spodnie, adidasy i czarną kurtkę trafia do czarnego worka. Czuję żal, że do grona zmarłych po raz kolejny w brutalny sposób dołączył osobnik w takim wieku. Niedługo ulicami miast będą w większości poruszać się starsi ludzie, o ile nie zdecydują się na życie na wsi lub na Florydzie.
     Susan odjeżdża, a ja podchodzę do detektywów. Adam rozmawia z ubraną w zieloną parkę kobietą o srebrnych włosach, Diego przedstawia Loganowi przebieg wydarzeń. Informuję ich o podejrzeniach patolog dotyczących śmierci mężczyzny.
     - Jakie to byłoby proste - odzywa się Meksykanin - gdyby ta oto dama nie zgłosiła oficerowi policji, że to było zabójstwo.
     Zerkam na rozmówczynię Chase'a. Nie wydaje się być przejęta, ale pewnie dopiero zacznie to przeżywać. Znam kilka takich osób, które w pełni uświadomiły sobie przeżyte wydarzenia i z tego powodu były w szoku dopiero następnego dnia Niektórzy są w stanie zbudować w swojej psychice mur, który filtruje informacje i emocje. Znika dopiero, gdy nie ma zagrożenia w pobliżu. A wtedy zaczyna się panika i histeria.
     - Dlaczego wysnuła taką teorię? - pytam zaciekawiona. - Znała go?
     - Osobiście nie, ale chyba coś o nim wiedziała. Adam próbuje się dowiedzieć, o co chodzi.
     Kiwam głową ze zrozumieniem, Logan przeczesuje włosy.
     - Dam znać oficerowi, niedługo może zakończyć blokadę.
     Odchodzi w stronę funkcjonariusza, a ja pytam Gomeza o znalezione przy denacie przedmioty.
     - W plecaku znaleźliśmy notes, portfel z pieniędzmi i dokumentami. Nazywał się Daniel Adams. Trzydzieści dwa lata. Mieszkał w Queens. Musimy poszukać rodziny, w jego telefonie nie ma nikogo zapisanego jako mama lub tata. 
     Może jego rodzice już nie żyją? Albo mam z nimi tak słaby kontakt lub zbyt napięte stosunki, by dzwonić do nich raz w tygodniu z raportem, co też ciekawego wydarzyło się w jego życiu.
     - Jedziesz na posterunek ze mną czy wolisz zaczekać na Logana?
     Zastanawiam się przez chwilę. Oficer może mieć problemy, a Henderson jako szef zespołu prowadzącego dochodzenie musi mieć jasność co do dalszej procedury.
     - A Adam i ta kobieta? - pytam.
     - Jeśli nie będzie niczym zajęta, możemy zgarnąć ją już teraz.
     Patrzymy oboje na rozmawiającą w dalszym ciągu parę. Meksykanin chrząka tak, by go usłyszeli, moje bębenki w uszach protestują. Chase zerka na nas i kiwa głową, tłumaczy coś towarzyszce, która odwraca się i wbiega do kamienicy. Blondyn podchodzi do nas.
     - Panna Baker wróciła po torebkę i by zamknąć mieszkanie, za chwilę do nas dołączy.
     - Czego się dowiedziałeś? - pytam.
     - A tego, że nie umie jasno określić, dlaczego wyglądała za nim w każdy wtorek. I bardzo dobrze, że tu jesteś, Rose. - Uśmiecha się do mnie przymilnie, już wiem, że będzie chciał mnie wykorzystać. - Spróbujesz do przyczyny.
    Wzdycham teatralnie.
     - Za jakie grzechy? - pytam retorycznie.
     - Pewnie za te Logana - odpowiada Diego, nie zauważając lub ignorując mój zabieg.
     Wymieniam spojrzenie z Adamem, nie od dziś wiemy, że nasz kolega geniuszem nie jest, cóż poradzić.
     Srebrnowłosa pojawia się na zewnątrz, podchodzi do nas lekko zalękniona, uśmiecham się do niej, chcąc dodać jej otuchy.
     - Kimberly, to detektyw Diego Gomez i psycholog Rose Bennett - przedstawia nas blondyn. - Rose, Diego, to Kimberly Baker, nasz świadek. Pojedziemy na posterunek razem. Proszę się nas nie obawiać, nie gryziemy.
     Kobieta uśmiecha się lekko, żart detektywa pozwolił jej się rozluźnić.
     Ruszamy na posterunek w milczeniu. Po co mamy przepytywać Kim w drodze, skoro to samo musi nam powiedzieć, by zostało udokumentowane, a zeznanie osobiście podpisane? Logika jest właściwą drogą w wielu sytuacjach i przypadkach. Chase poinformował Logana o naszym zamiarze, Logan rozdzielił między nas zadania. Ja i Adam mamy zająć się panną Baker, Diego poszuka krewnych, poinformuje ich oraz sprawdzi bilingi. Po usunięciu blokady Henderson postanowił pojechać do szpitala, by porozmawiać z rannym kierowcą ciężarówki. Mam nadzieją, że nie dojdzie do sytuacji jak z Andym Stillerem. Widzę po partnerze, że nadal nosi w sobie poczucie winy. Muszę go uświadomić, że nie zrobił nic złego, nie on doprowadził do odejścia, tak najwidoczniej miało być.
     Najpierw muszę jednak uporać się z własnymi niepewnościami, a to może zająć trochę czasu.
     Docieramy na posterunek i bierzemy się do pracy. Kolejne śledztwo, kolejny być może morderca do złapania. Codzienność.


****


     Kimberly trzyma w dłoniach kubek z kawą i dmucha na ciepły napój. Adam dał mi wolną rękę w sprawie rozmowy, w końcu to ja mam ustalić prawdę. Wysłałam blondyna do biura - bardziej przyda się w detektywistycznej pracy niż przy wymianie zdań dwóch kobiet. Mogłybyśmy go zanudzić.
     Świadek rozgrzewa się płynem, a ja bacznie się jej przyglądam. Srebrne włosy z pewnością wyróżniają ją w tłumie, przywodzą na myśl włosy elfa, gdy okalają drobną twarz Kim. Ale jest coś jeszcze, co czyni ją niezwykłą wśród innych ludzi.
     Fioletowe oczy.
     Patrzę w nie zafascynowana. Naukowo nie udowodniono, że mutacja Alexandria Genesis czyni je takimi. W ogóle mutacja ta jest zagadką. Bo czy jest możliwe z ewolucyjnego punktu widzenia, by człowiek poza owłosieniem głowy, rzęsami i brwiami nie posiadał włosów w innych miejscach? Wątpię. Wprawdzie studiowałam genetykę, ale temu zagadnieniu, tej konkretnej zmianie w DNA nie poświęciliśmy zbyt wiele czasu. Obecnie jest tyle mutacji, tyle osób choruje przez zmiany w chromosomach i ich licznie, a wpływ na to ma cywilizacja i to, jak niszczy na ten świat.
     Kimberly dostrzega, że jej się przyglądam, porusza się. No tak, nawet nie wiemy, jak łatwo można sprawić, by drugi człowiek poczuł się nieswojo. Uśmiecham się do niej. Pora zaczynać.
     - Nosi pani szkła kontaktowe?
     Nie jest to przedmiotem naszej sprawy, ale musiałam o to zapytać. Czasami zwykła, ludzka ciekawość przejmuje władzę nawet nade mną. Przyswajanie nowych informacji, wzbogacenie wiedzy jest w końcu czymś normalnym.
     Baker patrzy na mnie, rozkłada pytanie na czynniki pierwsze, szuka w nim drugiego dna. Podejrzewam, że jest naukowcem, przynajmniej na kogoś takiego wskazuje jej zachowanie. Choć mogę się mylić, w końcu jestem tylko człowiekiem.
      - Tak - odpowiada. - Gdy poszłam do liceum, stwierdzono u mnie wadę wzroku. Po roku noszenia okularów przerzuciłam się na soczewki. Mój okulista zaproponował kolorowe. - Uśmiecha się. - Już wtedy miałam skłonności do zmieniania koloru włosów na coraz bardziej ekstrawagancki, przez co zostałam zawieszona na tydzień w prawach ucznia. Kolorowe kontakty do mnie przemówiły i już zostały.
     - Pasują pani - przyznaję.
     - Dziękuję.
     Otwieram notes i chwytam za długopis.
     - Czym się pani zajmuje.
     - Pracuję w laboratorium uniwersyteckim przy NYU, jestem mikrobiologiem. Badam strukturę i rozwój wirusów grypy.
     Moje podejrzenie sprawdziło się. Naukowiec zawsze pozna drugiego naukowca.
     - Czy znała pani ofiarę?
     Kręci przecząco głową.
     - Nie, nie osobiście. Tylko z widzenia. We wtorki, gdy muszę wstać trochę wcześniej niż zwykle, obserwowałam, jak przejeżdżał pod oknami kamienicy, w której mieszkam. Punktualnie, z tej samej strony co zawsze. Podejrzewam, że to był jego rytuał. - Wzdycha. - Szkoda człowieka.
     - Dlaczego wybiegła pani z mieszkania. - Trochę informacji już do mnie dotarło. - Coś musiało panią zaniepokoić - zauważam.
      - Zgadza się. Jak wspomniałam - trasa. Cała długość ścieżki zgodnie z kierunkiem drogi. Właściwie ścieżka za wąska, by jechać z dwóch stron. Dlatego zdziwiłam się, gdy nagle dzisiaj ten mężczyzna się zatrzymał, przestawił rower i zjechał ze ścieżki na ulicę, a potem...
     Obie dobrze wiemy, jak to się skończyło. Jeden trup, jedna osoba w szpitalu, ciężarówka, z której nie wiadomo co uda się wyklepać, a to pociągnęło za sobą kolejne konsekwencje. To jedno zdarzenie wywołało kolejne, nie do końca przyjemne. W takich chwilach dokładnie widać, jakie nasze decyzje mają znaczenie dla świata. Możemy czuć się nikim, ale być może to my przez podjecie lub nie jakiegoś działania zapobiegliśmy wojnie domowej.
     - Rozumiem, że nigdy do tej pory się tak nie działo?
     - Nie, nie podczas moich obserwacji. Ale nie wiem, czy jeździł tak w inne dni.
     - Postaramy się to zweryfikować - oświadczam. W końcu detektywi potrafią dotrzeć do takich rzeczy, o których nie chce się myśleć, a co dopiero mówić. - Czy widywała go pani w innych miejscach?
     - Nie, poza tymi porankami nie miałam z nim... styczności.
     Rozumiem to. Zapisuję w notesie informacje, o których usłyszałam. Już wiem, skąd podejrzenie, że to było zabójstwo. Choć nadal bardziej prawdopodobna wydaje mi się druga opcja. Dan Adams mógł być chory psychicznie i dzisiaj rano poczuć impuls, by zakończyć swoje cierpienie. Na razie mamy za mało danych, by odrzucić którąś z możliwości.
     Dziękuję srebrnowłosej za poświęcony mi czas. Postaram się informować o dalszym przebiegu, jeśli Logan mi na to pozwoli - Kimberly chciałaby wiedzieć. Najwidoczniej podeszła emocjonalnie do tego rytuału nieznajomego mężczyzny, z czego nie do końca zdawała sobie sprawę. Idę do biura, gdzie koledzy zajmują miejsca przed laptopami. Biała tablica jest wyciągnięta, część jej powierzchni zapisana. Uśmiecham się pod nosem - codzienność zespołu jest przyjemną rutyną.
     Podchodzę do biurka Logana, który właśnie czyta jakiś dokument. Zaintrygowana mina świadczy o czymś interesującym.
     - Cześć, co mamy?
     Gdyby zrobić badania na temat tego, jakie pytania pojawiają się najczęściej w rozmowach zespołu detektywa Hendersona, to pewnie znalazłoby dla siebie miejsce w pierwszej piątce.
     Logan zerka na mnie i uśmiecha się.
     - Wiemy, kim był Dan Adams. Były żołnierz, misje w Afganistanie, brak wykształcenia wyższego. Od czasu powrotu z misji i zrzucenia munduru pracownik sklepu żeliwnego w Queens. Korzystał z usług psychologa, podejrzewam traumę powojenną.
     Już mieliśmy do czynienia z martwym byłym wojskowym. Wówczas mordercami okazali się najlepszy przyjaciel i żona enata. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie podobnie. Choć wieść o romansie kochanej przez siebie kobiety mogła popchnąć do samobójstwa. O ile to nie było zabójstwo, na co w tak krótkim czasie nie możemy mieć twardych dowodów. To wynik autopsji da nam przejrzysty obraz, na razie śledztwo jest głównie w rękach Susan.
     - Jakaś rodzina? - pytam.
     - Nie w Nowym Jorku - odpowiada Adam. - Matka zmarła dziesięć lat temu, ojciec mieszka w Buffalo, jak i obie siostry denata. Już ich poinformowaliśmy, pan Adams i młodsza siostra powinni dotrzeć koło południa.
     Kiwam głową. Zastanawiam się, czy rozmowa z nimi także będzie należała do mnie. Odzywa się telefon Logana, odbiera.
     - Cześć, Susan. Jakieś wyniki?
     Przez chwilę słucha jej w milczeniu, po czym mówi: jasne, i odkłada telefon na blat, włączając funkcję głośnika.
     - Możesz mówić.
     Kobieta odchrząkuje, a my zamieniamy się w słuch.
     - Przeprowadziłam wstępną sekcję. W klatce piersiowej, sercu, nerkach oraz wątrobie nie znalazłam nic niepokojącego poza tym, że wszystko się rozlało. Nadal podejrzewam odurzenie narkotykami. Sprawdziłam obrażenia twarzy, obejrzałam uważnie głowę i tuż za lewym uchem znalazłam blizną podobną do tych, które zostają po wszczepieniu podskórnie czipu. Być może denat brał udział w jakimś eksperymencie albo był istotną dla rządu osobą. - Wymieniam spojrzenie z kolegami. - Poza tym wewnętrzne części dłoni miały liczne małe ranki. Sądzę, że w chwilach stresu wbijał sobie paznokcie w skórę, by zapanować nad emocjami.
     To prawdopodobne, zważając na wizyty u psychologa i możliwą traumę. Wbijanie ostrych, drobnych przedmiotów normuje puls przez wywołanie bólu. Wielu agentów federalnych, chcąc ukryć kłamstwo podczas badania na wariografie, trzyma w bucie pinezkę i kłuje się podczas mówienia nieprawdy. Maszyna pokazuje prawidłowe dla normy wskaźniki.
     - Poza tym na ciele widnieją rany wskazujące na wojenne.
     - Zgadza się - odzywa się Logan. - Denat był żołnierzem, rok temu wrócił z zagranicznej misji.
     - To przykre - mówi patolog. - Walczyć poza krajem w imię pokoju, a ginąć w ojczyźnie w głupi sposób.
     Czasami największe zło czai się na naszym podwórku.
     - To wszystko, co na razie mam. Usunęłam też czip, mogę podać wam numery.
     - Dyktuj.
     Niebieskooki zapisuje ciąg znaków, po nich Phil być może dojdzie do tego, kto wszczepił go Danowi. Detektyw dziękuje za rozmowę i rozłącza się, wstaje i wychodzi z biura. Pozostali wracają do bilingów, a ja chwytam za dokumenty leżące na biurku szefa. Czytam suche fakty o denacie i choć trochę poznaję go. Szkoda mi człowieka o takim pokładzie empatii. Wolontariat, pomoc dobroczynna, organizacja zbiórek charytatywnych. Naprawdę zależało mu na życiu innych. Dlaczego więc jego tak się skończyło?
     Chase informuje o jednym przewijającym się w raporcie numerze, wiedziona dziwnym przeczuciem postanawiam sprawdzić, kto jest po drugiej stronie słuchawki.
     Dzwonek z muzyką klasyczną nie rozlega się zbyt długo, słyszę kobiecy głos.
     - Laboratorium Mediax, przy telefonie doktor Joyce Morgan. Słucham?
     - Dzień dobry, tu Rose Bennett, psycholog, dzwonię z szesnastego posterunku. - Skoto udało mi się do kogoś dodzwonić, przeprowadzę tę rozmowę. - Czy zna pani Dana Adamsa?
     - Tak. O co chodzi? - Chłód dociera do mojego ucha, wzdrygam się.
     - Przykro mi. Dzisiaj rano wjechał w ciężarówkę. Nie żyje.
     Cisza niepokoi.
     - Jest tam pani
     - Eksperyment numer zero nie żyje? To niemożliwe!
     Eksperyment? Człowiek w roli królika doświadczalnego? Tego jeszcze nie było.
     Kobieta rozłącza się bez pożegnania, a ja patrzę z niedowierzaniem w słuchawkę. Oto przed nami sprawa, której jeszcze nie było i która może doprowadzić nas na tereny, gdzie jeszcze nie byliśmy.
     Boję się. Bo nieznane może okazać się najgorszym złem.
________________________
  Cytat don Acacleto Olmo [w]: Cień wiatru, Zafon C.R.


9 komentarzy:

  1. Coraz bardziej podobają mi się te nowe początki spraw. Daje to dodatkowy obraz sytuacji. Zapowiadasz coś ciekawego. Kurczę, z czymś mi się to kojarzy, ale nie pamiętam, z czym. No nic, może sobie przypomnę. Na razie zakładam, że laboratorium albo nagle zniknie albo jak zwykle w takich przypadkach nie będzie chciało współpracować.
    Chyba nie dziwię się Rose takich porannych myśli. Każdy ma takie chwile, kiedy całość tego, co się przeżyło, zaczyna przygniatać, a ona ma za sobą naprawdę wiele. To ludzkie i jakoś nie wydaje mi się, żeby jej obawy, że zostanie zimną suką przez pracę z policją, zostały potwierdzone.
    Z ciekawością czekam na ciąg dalszy sprawy.
    Weny.
    Laurie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też takie początki się podobają, dają większy wgląd w sprawę, która będzie się toczyć.
      Kojarzy się? Możliwe. Choć akurat pomysł z jazdą na czołówkę wpadł mi do głowy, gdy wracałam z galerii rowerem i jadąc ścieżką, obserwowałam ruch na ulicy.
      Też wątpię, by Rose miała być kiedyś zimną suką, to po prostu nie pasuje do jej natury.
      O tak, wena mi się przyda.

      Dziękuję za komentarz! :*

      Usuń
  2. Hejo! ;*

    Dan były żołnierz, haha coś mi to przypomina. I rzeczywiście pojawiło się nazwisko Adams, jak zapowiadałaś. Podobał mi się opis tej śmierci i to jak zareagowala sąsiadka. Jej stwierdzenie, że to musiało byc morderstwo, mimo iż ewidentnie wyglądalo na wypadek albo samobójstwo mnie bardzo zaciekawiło i stworzyło świetny klimat dla reszty rozdziału. Główkowałam, na jakiej podstawie w ogóle nasunęło się do jej głowy to stwierdzenie. Facet, który siedział za kierownicą nie wyglądał na kogoś, kto celowo chciałby go przejechać, więc ten motyw od razu odrzuciłam. I się Ruda zastanawiała, cóż ta sąsiadka takiego zobaczyła, że od razu założyła :morderstwo. Albo jest bardzo spostrzegawcza, albo bezceremonialnie gapiła się na tego faceta za każdym razem gdy jeździł:D I ciekawa jestem w sumie czemu... No bo to nie jest do końca normalne, żeby widzieć tak dokładnie kto przejeżdża pod naszymi oknami, kiedy i jak często;D Chyba, że bez przerwy się przez nie patrzy. Ciekawe.
    Były żołnierz, który nagle staje się eksperymentem? A to ciekawe... Może jeździł na tym rowerze w ramach jakiś badań? Może rzeczywiście coś mu wszczepili? Ciekawi mnie ta sprawa.
    I zastanawiam się jeszcze, co chodzi po głowie Rose, że zaczyna mieć wątpliwości, co do pierścionka, ślubu i tak dalej. To się w sumie często zdarza, że panny/panów młodych nachodzą takie obawy przedślubne, ale mam nadzieję, że Rose nie zrobi niczego głupiego. Chociaż nie ukrywam, że takie nagłe zawirowania mi się mega podobają;D Zbyt długo było spokojnie;D

    Pozdrawiam i czekam na kolejny ;**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie miałam motywu eksperymentu, a były żołnierz idealnie mi tutaj pasował.
      Uwierz mi, powoli przestaje być spokojnie, czego może tak nie będzie widać, bo Diego nagle zacznie grać pierwsze skrzypce.

      Dziękuję za komentarz! :*

      Usuń
  3. Cudne :)
    Bardzo dobrze pokazujesz emocje ;o

    OdpowiedzUsuń
  4. No nie powiem, te twoje sprawy są coraz ciekawsze xD
    Jestem ciekawa od jak dawna denat był tym królikiem doświadczalnym.
    Tu wojsko, tu prace charytatywne, tu eksperyment ....
    No nie powiem ciekawie się zapowiada.
    Rose ma wątpliwości co do ślubu ...
    Logan mi zaimponował tym, jak tłumaczył Rosie, że nie jest stara. Ale nasza kochana Rose i tak go pięknie zgasila.
    Jedna rzecz, która mi się w oczy rzuciła:
    "Żona enata"
    Śpiący rano mózg długo musiał przetwarza informacje, żeby to ogarnąć ;)
    Czekam na nn
    ściskam :*
    ~ Alex

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że sprawa Cię zaciekawiła :)
      Literówkę poprawię ;)
      Dziękuję za komentarz! :*

      Usuń
  5. Super rozdział! Zapraszam na chwilkę do mnie: http://mojarozowabajka.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń

Komentarze mile widziane :)